piątek, 6 listopada 2015

155. [mini recenzja] WZGÓRZE APOLLA #2 ~ Yuki Kodama


 
Tytuł PL: Wzgórze Apolla
Tytuł JP: 坂道のアポロン [Sakamichi no Aporon]
Autor: Yuki Kodama
Wydawca JP: Shogakukan
Wydawca PL: J.P.Fantastica
Ilość stron: 192
Data wydania JP: 2008
Data wydania PL: 2015 (wrzesień)
Link do poprzednich recenzji: 1

Rok 1966, Kiusiu. Kaoru za sprawą Sentaro zgłębia świat jazzu, jednocześnie skrycie podkochując się w Ritsuko, a jego życie zmienia się w pasmo nowych, niezwykłych doświadczeń. Niebawem jednak między trójką świeżo upieczonych przyjaciół pojawiają się nieporozumienia, a ich przyjaźń zostaje wystawiona na próbę. Czy uda im się przezwyciężyć kryzys? Jaką rolę odegra w tym wszystkim piękna blondynka, którą Sentaro uratował na plaży? Oto kolejna odsłona słodko-gorzkiej opowieści o dojrzewaniu i muzyce.

Pod natłokiem recenzji pierwszych tomików przyszedł w końcu czas na coś... krótszego. A że Wzgórze Apolla już od jakiegoś czasu wzywa mnie z półki to poszło na pierwszy ogień. No bo, nie będę ukrywać, ale bardzo polubiłam tę serię. Szczególnie za to, że ma ten niesamowity klimat, podtrzymywany przez jazzową muzykę. Poza tym jest to josei, które umiejscowiłabym na granicy z shoujo, ale mówiąc o Wzgórzu shoujo czuję się jak prokurator, który wie że nie ma racji... Ale spójrzmy na to co dzieje się w drugiej części historii Kaoru i Sentaro.

Drugi tomik jest przesiąknięty miłością. Sentaro zaczyna czuć miętę do Yuriki – dziewczyny, którą poprzednio uratował na plaży, a która okazała się uczennicą tej samej szkoły. Uczucie Kaoru do Ritsuko również kwitnie. Niestety jest też trochę w tym wszystkim dramatyzmu, ponieważ Ritsuko patrzy w ten szczególny sposób na Sentaro. I tak Hrabiątko wpada na genialny pomysł – chce nauczyć Sentaro jak podejść do Yuriki. Można powiedzieć, że przez większość tomiku wszystko idzie w dobrym kierunku, ale wszystko zaczyna się zmieniać podczas wieczorku bożonarodzeniowego, gdzie grają nasi bohaterowie. Yurika poznaje tam kogoś (imienia nie podam XD), kto wpada jej w oko i chyba z wzajemnością.

Oczywiście nie zapominajmy o muzyce, która jest tu drugim najważniejszym elementem. Osobiście na jazzie w ogóle się nie znam. Ogółem moje rozeznanie w muzyce ogranicza się do tego, iż odróżniam pop od muzyki poważniej... Ta... Dlatego padające tu nazwiska są dla mnie równe dziwacznemu zaklęciu. Jednak to nie przeszkadza mi wyczuwać tego genialnego klimatu, jakim otoczył się ten tytuł. Wzgórze ma w sobie tę magię, o której nie jednokrotnie wspominam. I myślę, że jest to głównie zasługa przewijającej się tutaj muzyki. Mimo, iż tego nie słychać, to można nadal sobie to wyobrazić. A wszystko dzięki emocjom zamkniętym na każdej ilustracji.

Mam wrażenie, że ostatnio moja ocena sposobu rysowania Yuki Kodamy spotkała się z niezrozumieniem. Jeżeli tak to przepraszam za moją niekompetentność. Postaram się teraz jak najwierniej określić to, co czuję patrząc na stroniczki oraz to, co po prostu widzę. Otóż kreska autorki jest prosta. Takie przynajmniej sprawia wrażenie na pierwszy rzut oka. Jest to spowodowane tym, że mamy tu bardzo ubogi światłocień, przez to ilustracje wydają się bardzo płaskie. Owszem pojawiają się tu rastry z odcieniami szarości, ale są one nałożone płaszczyznowo, bez dodatkowych „rzeźbień”, które ma być „odblaskiem” czy innych waloryzacji. Głębia w głównej mierze jest uzyskiwana przez perspektywę oraz bardzo lekkie zaznaczenie rastrem. Do tego też dokładają się proste czarne wypełnienia. Jednak to nie znaczy, że rysunek Kodamy nie może urzec. Mnie urzekł, chociaż nie tak bardzo jak inne znane mi kreski. Patrząc pobieżnie na to, co ja lubię w mangowej kresce, Kodama wypada trochę odmiennie. Chociaż doceniam to, że jej linie są bardzo precyzyjne, bo są to mocne, pojedyncze pociągnięcia. Ale patrząc na nią z perspektywy moich upodobań, to nie jest to coś czym będę się zachwycać od razu. Niektóre rzeczy zaczynamy doceniać, kiedy z nimi obcujemy przez dłuższy czas. Kto wie, może kiedyś dostrzegę coś w kunszcie Yuki Kodamy to, co inni dostrzegają od razu. Aż mi się przypominał Vermeer i jego przepiękne ściany, które nagle ukazały mi się w zdwojonej chwale. Zaciekawionych odsyłam do obejrzenia reprodukcji w internecie. Wspomnę tylko tyle, że nie był to jeden z moich lubianych artystów, ale przez „ścianę” chyba takowym się stał. :P

Trochę się rozpisałam... A miało być krótko... Ale musiałam napisać to, co od dłuższego czasu leżało mi na sercu i na wątrobie. Starałam się określić to, poprzednim razem napisałam odrobinę krócej. Tytuł jest zdecydowanie bardzo dobrą pozycją i pod względem ciekawej lektury oraz strony wizualnej. Jedynie co mi czasem bardziej przeszkadza to gwara, ale nie myślę, iż jest to zły pomysł. Po prostu nie jestem do tego przyzwyczajona, dlatego momentami śmieję się sama do siebie, kiedy czytam wypowiedzi słodkiej i uroczej Ritki. Ale do tego da się przyzwyczaić, a nie odbiera to frajdy z czytania Wzgórza Apolla. Z niecierpliwieniem czekam na kolejny tomik.

Ocena fabuły: 8/10 (rewelacyjna)
Ocena postaci: 9/10 (wybitne)
Ocena „kreski”: 8/10 (rewelacyjna)
OCENA OGÓLNA: 25/30 (83% - świetne)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu JPF!



4 komentarze:

  1. O raany, właśnie mi przypomniałaś, że ten tomik stoi na półce od premiery i ciągle się nie doczekał przeczytania... ;w;

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie byłam przekonana do tej mangi póki jej nie przeczytałam. Uwielbiam styl rysowania Pani Kodamy, chociaż za takimi nie przepadam. Bohaterowie są świetni, sympatyczni. O jazzie nie mam pojęcia, niby rozumiem co do swing itd., ale niee... xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja generalnie w mangach lubię to, że są w czerni i bieli, dlatego taki kontrastowy sposób rysowania bardzo mi odpowiada :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak już wspominałam przy okazji 1 tomu, ten tytuł akurat nie przypadł mi do gustu.

    OdpowiedzUsuń