piątek, 16 października 2015

149. [mini recenzja] EXITUS LETALIS #3 ~ KattLett



Tytuł PL: Exitus Letalis
Tytuł JP: ------
Autor: KattLett
Wydawca JP: ------
Wydawca PL: Kotori
Ilość stron: 186
Data wydania JP: ------
Data wydania PL: 2015 (sierpień)
Link do poprzednich recenzji: 1/2

Paryż – mekka artystów i... marzenie Evy. Niespodziewanie KZU właśnie tam kieruje młodą psycholog i jej „starych” znajomych z Niflheim. Niestety, nawracające wizje i omdlenia utrudniają dziewczynie współpracę z zespołem. Sytuację dodatkowo komplikuje pojawienie się doktora Delisha, byłego lekarza Daggersów. Mężczyzna okazuje się bezcennym źródłem informacji, jednak stanowi również poważne zagrożenie. Mimo to pobyt w Paryżu pozwala Evie wreszcie poznać wstrząsającą prawdę o Marii...

Przed wami trzecia odsłona Exitusa. Jak widzicie nie potrafię odpuść tego tytułu jest zbyt ciekawym eksperymentem. Już na samym początku muszę przyznać, że tomik sprawił, iż byłam prawie zachwycona. Ale jednak, zawsze jest to „prawie”. W dzisiejszej recenzji postaram się najlepiej jak umiem przytoczyć braki jakie pojawiają się w tym tytule. Ale nie bójcie się nie wydaje mi się, że jest ich wiele.

Pierwszym co mam do zarzucenia to, już kiedyś wspominany, bałagan. Jako przeciętny czytelnik Exitusa nie gwałcę swoich tomików, tylko po prostu przeczytam je raz, ewentualnie dwa razy aby sobie przypomnieć kim jest postać, która nagle wyrosła jak spod ziemi. Nie chcę przez to powiedzieć, że kompletnie bagatelizuję tę historię i że mi się nie podoba. Jest zupełnie na odwrót. Główny temat, który ukryty jest pod wielką ilością fandomowo-fangirlowych gagów rzeczywiście mnie intryguje. Ale jak mam podejść poważnie do tego, kiedy po raz enty mam scenę „Dawid próbuje zaliczyć Evę” lub „Miłosne wzloty i upadki Ourella”? Rozumiem, taka jest postać – jego charakter i przypadłości, ale zastanówmy się nad tym czy jest to konieczne. Przez takie „sielankowe” scenki odbiegamy od wątku głównego, a mnie to po prostu rani, bo po cichutku kibicuje Katt w jej działalności.
Jednakże. Patrząc na to, co działo się w poprzednich częściach, a to co dostajemy w trójce, to niebo a ziemia. Pod tym względem Exitus się rozkręcił, a to mnie troszeczkę pociesza. Zostało tylko szybkie zmienianie toku poszczególnych myśli. Czyli możemy powiedzieć, że wróciliśmy trochę do punktu wyjścia, bo całą robotę z przeskakiwaniem ze sceny na scenę robią właśnie te chwile, które spokojnie można by upchać jako rozdziały dodatkowe czy po prostu trochę skrócić, jeżeli są istotną częścią historii.

Pora na temat trochę bardziej przyjemny – kreskę. Tu mogę tylko przyklasnąć, ponieważ widać poprawę. Od razu da się zauważyć, że Katt zaczęła, w krótszym odcinku czasu, więcej rysować i widać tego efekty. Ale Aypa musi sobie ponarzekać. Po pierwsze – nie zawsze proporcje są zachowane. Nie jest to bardzo porażające, ale czasem któraś z postaci, w jakiś dziwny i magiczny sposób, się wygnie, bądź jest jakoś inaczej pokiereszowana. Po drugie – tła. Nie mogę ich przełknąć. Chociaż nie powiem, jest to ułatwienie oraz pomysł na to, aby dobrze odwzorować rzeczywistość, lecz ja tego nie kupuję. Po trzecie – lekkie „niechlujstwo”. To trochę kłóci się z moimi wzorami, jakie znam z mang. Po prostu uznajcie, że niepotrzebnie się czepiam...
Nie myślcie sobie, że jeszcze tan akapit zostawię! Pora na dobre strony. Jakbym miała streścić moje myśli dotyczące stylu Katt to brzmiałyby one tak: „W tym szaleństwie jest metoda”. Katt wykształciła już swoja własną manierę artystyczną, przez co naprawdę podziwiam ją jako artystkę. Od razu da się poznać od kogo pochodzi dany obrazek. Po prostu ma to „coś”, co stało się jej wyróżnikiem, a to dla mnie jest dużo bardziej ważniejsze niż jakieś potknięcia, o których wspomniałam wcześniej.

Mnóstwo w tej recenzji ogólników, ale myślę, że o Exitusie nie mogłabym inaczej pisać. Za bardzo śledzę go jako, jak widać, udany eksperyment. Chciałabym go chwalić za wiele rzeczy, ale też widzę niedociągnięcia, które mnie od tego powstrzymują. Największym minusem jest bark płynności. Jednak jeżeli nie da się tego zrobić od strony scenariusza, to może warto zastanowić się nad zaznaczeniem tego wizualnie w mocniejszy sposób? W końcu w historii, jak dla mnie, panuje totalny chaos i bałagan. Jak ktoś woli określenie „artystyczny nieład” to w porządku. Nie narzucam się. Jednak jeżeli mówicie czasem „Burek”, to macie rzeczywiście na myśli psa o takim imieniu czy po prostu przypadkowego, szczekającego czworonoga?

Ocena fabuły: 6/10 (dobra)
Ocena postaci: 7/10 ( bardzo dobre)
Ocena „kreski”: 7/10 (bardzo dobra)
OCENA OGÓLNA: 20/30 (67% - nieprzeciętny pomysł)

Podziękowania za egzemplarz recenzencki ślę do wydawnictwa Kotori!



5 komentarzy:

  1. A ja właśnie ten tomik dostałam na urodziny :3
    Cóż, EL to taki umilacz czasu. Wybitny nie jest, ale poczytać zawsze można.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no można, można. Tylko chciałabym trochę więcej tego "poważniejszego" wątku...

      Usuń
  2. Też trudno mi było przełknąć te tła. Gdyby chociaż trochę mniej przypominały zdjęcia... "Sielankowych" scenek rzeczywiście było bardzo dużo, ale pomijając to, robi się coraz ciekawiej. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liczę na to, że w czwartym tomiku będzie trochę więcej tego "ciekawiej". xDD

      Usuń
    2. Też mam taką nadzieję. ;D

      Usuń