piątek, 23 października 2015

151. NO GAME NO LIFE #1 ~ Mashiro Hiiragi x Yuu Kamiya




Tytuł PL: No Game No Life
Tytuł JP: ノーゲーム・ノーライフ [Noo Geemu・Noo Raifu]
Scenariusz: Yuu Kamiya
Ilustracje: Mashiro Hiiragi
Wydawca JP: Kadokawa
Wydawca PL: Waneko
Ilość stron: 156
Data wydania JP: 2013
Data wydania PL: 2015 (sierpień)

Shiro i Sora to rodzeństwo NEET-ów. Są genialnymi graczami, o których krążą miejskie legendy. Rzeczywistość nazywają "gównianą grą". Pewnego dnia tajemniczy bóg przenosi ich do swojego świata, gdzie wszelkie sprawy rozstrzyga się przy pomocy rozmaitych gier. Czy młodzi, zesłani do innej czasoprzestrzeni, zdołają się w niej odnaleźć? Czy starczy im zdolności, by stać się obrońcami ludzkiej rasy?

Nie ma co się oszukiwać. Na premierę mangowej wersji No Game No Life czekałam z dużym utęsknieniem. Anime uwielbiam oglądać – ma ładną, uroczą kreskę; podoba mi się muzyka i jest dobrze wyreżyserowane. Kiedy Waneko ogłosiło, że porywają się na wychodzącą mangę, byłam szczęśliwa. Nadal jestem, ale jest kilka „maszkaronów”, które ostudziły mój zapał.

Owe błędy dotyczą w dużej mierze wydania, a konkretnie edycji i przygotowania zawartości tomiku. Sama oprawa bowiem nie jest zła. Ba! Jest bardzo dobra, tak jak standardowe wydania Waneko. Potknięcia znalazły się w środku i uważam, że nie są one zbyt drobne. Pierwszym co mnie przeraziło, było połączenie angielszczyzny z językiem polskim przy „kartach postaci” na stronie szóstej i siódmej. Nie dość, że takie zestawianie wygląda przedziwnie – niczym językowa chimera – to jeszcze czytając to, nawet w myślach, jest jeszcze gorzej. Owszem w luźnych wypowiedziach sama używam czasem angielskich słówek, ale nigdy nie zrobiłabym tego w takiej sytuacji.
Angielski jeszcze nie raz zakuł moje oczy w tym tomiku. Drugą rzeczą, jest nazywanie rodzeństwa „Blankiem”. Całkiem możliwe, że angielska wersja anime/mangi/light novel posiadała taką nazwę, więc pomyślano, że będzie dobrze. W moim odczuciu tak nie stało się. „Oryginał nie jest świętą krową” – powiedział kiedyś pewien tłumacz, którego miałam okazję słuchać kilka razy. W tej sytuacji zgadzam się z nim. „Blanka” uważam, za bardzo złe rozwiązanie, ponieważ jest to słówko o różnym znaczeniu (m.in. próżnia, bezmyślny, wyblakły), a to nie pasuje do charakterów głównych postaci. Daleko rozwiązania nie trzeba było szukać. Wystarczyło włączyć anime, bo tamtejszy „Bezimienny”, jak dla mnie, dużo lepiej pasuje do polskiej edycji.
Nie omieszkam też powiedzieć o błędzie, który po prostu rozłożył mnie na łopatki, a którego się nie spodziewałam. Bez zbędnego przedłużania – korekta musiała przespać pierwsze dwa rozdziały lub po prostu nie sprawdziła nazw rozdziałów. Bo albo rozdziały mają nazywać się „Grą” albo angielskim „Game”. Cóż, wkradło się lekkie niechlujstwo...
Teraz możecie posądzić mnie o to, że się czepiam, ale jak już mówię o wszystkim, to o wszystkim. Pojawiło się jedno słowo, znów angielskie, które dla mnie spokojnie można było zastąpić polskim odpowiednikiem. Chodzi mi mianowicie o słówko „warbeast”. Po co używać obcego słowa, skoro można polskie? Ale dobra, uznajcie, że się niepotrzebnie czepiam...

Dobra. Napisałam o tym co mi najbardziej na sercu leżało, teraz czas na kilka słów o samej mandze w mandze. Więc...
Fabularnie No Game No Life jest ciekawą mangą. Najprościej mówiąc jest to komiks z akcją a la shounen przyprawiony komedią, fantasy i ecchi. Ogółem, przy moim pierwszym spotkaniu z tytułem, nie byłam jakoś przekonana do niego. W końcu jest to ecchi - gatunek, na którym to zawiodłam się nie raz i nie dwa, ale mój stosunek do takich serii nie jest jakiś najgorszy. Po prostu podchodzę do tak oznaczonego tytułu (jak od niedawna do nowych yaoi) bez zbędnych oczekiwań. Postanowiłam więc dać szansę No Game No Life. Cieszę się, że to zrobiłam, ponieważ znalazłam serię, którą bardzo, ale to bardzo polubiłam. 

To co najbardziej mi się podoba w No Game No Life, to sama kompozycja scenariusza. Jest on tak ułożony, że wątki „ecchi” trochę uciekają na drugi plan. Przynajmniej dla mnie, bo bardziej jestem zainteresowana geniuszem Blanka. Nie to, że ecchi nie lubię. Toleruję ten gatunek, bo zdarzają się dobre tytuły, które chociaż kręcą się wokół dziewczęcych majtek, to mają w sobie jeszcze drugą stronę, na której to bardziej się skupiam. I właśnie jednym z nich jest NGNL. Chociaż i tak wydaje mi się, że jest to tytuł wyróżniający się na tle innych „ecchiaków”. To co się zgadza to fakt, że mamy bohatera - Sorę, który prędzej czy później zostanie otoczony wianuszkiem uroczych na swój specyficzny sposób kobitek . Jest on życiowym nieudacznikiem i traf chciał, że dzieje się coś dla niego bardzo dobrego, aczkolwiek niemożliwego. Wraz z biegiem akcji nawiedzają nas też momenty, kiedy biedaczek, pozwala ponieść się swoim fantazjom. Ten schemat jest i nie da się temu zaprzeczyć, jednak są dodane „bonusy”, które ten oklepany schemat wzbogacają i tworzą dobrego shounena fantasy.

Jak już kręcimy się w temacie około postaciowym, to przejdźmy do niego całkowicie. Długo o bohaterach pisać nie będę. Po prostu powiem Wam, że kocham to szalone i genialne rodzeństwo, za to, że tacy są. Kiedy grają nie da się przewidzieć ich posunięć. Gorzej radzą sobie z życiem i z hamowaniem swoich wewnętrznych pragnień – tu taki ukłon do Sory – ale w takich sytuacjach na twarzy czytelnika pojawia się wielki uśmiech, ponieważ często jest to sytuacja wielkiej gafy. Mniejszą sympatią pałam do Steph... Próbuję sobie wytłumaczyć, że pojawiła się tam tylko z tego powodu, aby zapewnić logiczny przebieg historii – bez niej Shiro i Sora nie znaleźliby się na zamku królewskim i nie dowiedzieliby się o funkcjonowaniu krainy gier. Taka zaklej/zapchajdziura. No i nie zapominajmy, to ona staje się tu głównym przedmiotem obserwacji fanów ecchi.

Pasuje też kilka słów poświęcić na „kreskę”. Dla mnie, nic szczególnego. Troszkę więcej niż przeciętna. Dobrze się na nią patrzy, ale z dalszej odległości. Kiedy zaczęłam przyglądać się bardziej to czasem zadawało mi się, że widzę deformacje. Cóż, jest to ecchi, więc ilustratora mogła ponieść trochę fantazja, ale niestety ja tego nie lubię. Z tego co jeszcze zauważyłam, to fakt, że postaci żeńskie rzadko kiedy mają zaakcentowany nos. Czyli na dobrą sprawę, go nie mają. Taka mała armia dziewczęcych Voldemortów ze Steph na czele. Ale w rzeczywistości nie mam do czego, aż tak bardzo się przyczepić, dlatego uważam, że rysunki są wystarczająco dobre.

Przechodząc już do podsumowania stwierdzam, że naprawdę dobrze bawiłam się przy pierwszym tomiku No Game No Life. Pomijając oczywiście „maszkarony”, o których wspominałam wyżej. Ta część mnie zabolała najbardziej, ponieważ nie spodziewałam się czegoś takiego. Jednak, ja za bardzo pokochałam wersję animowaną, więc żal by mi było, gdybym nie dozbierała wersji tomikowej. Oczywiście na drugi tomik czekam z niecierpliwością! Mam nadzieję, że w kolejnym tomiku nie będzie już większych potknięć do których mogłabym się przyczepić. Niestety niektórych rzeczy nie da się już zmienić, ale to na szczęście nie wykluczyło możliwości rozrywki przy NGNL. Teraz tylko pozostało mi okuć tę recenzję w liczby, co tym razem jest dla mnie niezmiernie trudne...

Ocena fabuły: 9/10 (wybitna)
Ocena postaci: 8/10 (rewelacyjne)
Ocena „kreski”: 6/10 (dobra)
OCENA OGÓLNA: 23(-)/30 (76% - bardzo dobre) („-” za „maszkarony”, jednak mandze samej w sobie nie mogę odjąć za to punkciuków)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Waneko!




8 komentarzy:

  1. Anime średnio mi się podobało (jednak naprawdę denerwuje mnie ecchi :/), więc za mangę się raczej nie wezmę.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie jestem fanką ecchi (wolę shounen-aie i yaoice), ale czasem nawet mimo etykietki skuszę się na jakiś tytuł, bo zainteresuje mnie coś innego z fabuły. :D Tu okazało się to strzałem w 10, ponieważ fabuła jest rozbudowana, dlatego przyćmiła tę część ecchi. :P Chociaż nie wypieram się, że ona jest i że zainteresowanie tym gatunkiem na pewno będą ją widzieć wyraźnie. :PP

      Usuń
  2. Jak wyjdzie drugi tomik to się pomyśli czy się za to brać. A co do tłumaczenia to angielskie słówka tutaj akurat mogłyby pasować, bo jednak gra i tak dalej, ale coś takiego w opisach postaci trochę przeraża. Zrozumiałabym gdyby jakaś postać coś powiedziała i znalazłoby się w jej wypowiedzi angielskiego słowo, ale w opisie postaci? Aż chcę to zobaczyć.
    Kto wymyślił tego ,,Blanka"? Albo inaczej, bo widzę, że prawdopodobnie to już było w angielskiej wersji anime lub czegoś innego... Kto uznał, że to dobry pomysł? Przecież większość czytających nie zrozumie o co chodzi. Uch, Wanekoty... Ale jak sytuacja z NGNL będzie taka jak jest obecnie to nie ma co się martwić. Dalszych tomów nie będzie to i tłumaczenia nie będzie się można czepić :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Anime bardzo mi się podobało, w sumie nie spodziewałam się, że seria aż tak przypadnie mi do gustu, niemniej jednak, jako że jestem biedakiem to mangę musiałam sobie odpuścić. T.T

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się tego nie spodziewałam, ale bardzo polubiłam NGNL. Jak na razie jest to idealna seria do zbierania, bo ma tylko jeden tomik, a drugi to tylko duch święty wie, kiedy się pojawi. XD

      Usuń
  4. A dla mnie totalny zawód. Jednak tytuł całkowicie nie dla mnie :<
    Fabuła mnie nie kupiła, bardziej na siłę przeciągałam czytanie. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń