sobota, 16 sierpnia 2014

61. LOVELESS ~ Yun Kouga – TOMIK PIERWSZY




Tytuł: Loveless
Tytuł alternatywny:  ラブレス [Raburesu]
Autor: Yun Kouga
Wydawca oryginalny: Ichijinsha
Wydawca polski: Studio JG
Ilość stron: 194
Data wydania: lipiec 2012


Ritsuka Aoyagi rozpoczyna naukę w nowej szkole. Wyróżnia się wśród swojej klasy nieprzeciętną wiedzą i inteligencją. Szkoda tylko, że jego język jest odrobinę za ostry. Już pierwszego dnia został znielubiony przez większość klasowych kolegów i koleżanek, ale nie wygląda, żeby mu to przeszkadzało. Nie ma się jednak czemu dziwić. Jego starszy brat – Seimei, został brutalnie zamordowany, a pogrążona w żałobie matka postradała zmysły. Jakby tego było mało, chłopak nie pamięta niczego prócz ostatnich dwóch lat. Pewnego dnia decyduje się odpalić komputer brata, a tam natrafia na krótki list, który ujawnia zabójcę – organizację zwaną Siedemioma Księżycami. Oprócz tego Seimei pozostawił Ritsuce coś bardziej cennego – osobę będącą wsparciem i ochronną dla młodszego brata przed tymi, którzy będą chcieli go za wszelką cenę złapać. 


Informację, że Loveless będzie wydawany w Polsce, przyjęłam z wielkim spokojem. Może to przez to, iż tylko o tym tytule słyszałam. Nie widziałam ani anime, ani mangi przed polskim wydaniem. Ciągnęło mnie jednak do tego tytułu i powiem, że było to jak najbardziej słuszne, ponieważ mam kolejną mangę, którą będę musiała jakoś upchać na półce. Mój portfelik już nie może doczekać się zrzucenia kolejnych miedziaków. 


Wydanie tomiku nie powala kupującego tak bardzo jak poprzednia nowość, Książę Piekieł. Jest ono jak najbardziej poprawne, czyste i przejrzyste, ale bez fajerwerków. Przy Lovelessie dostajemy gładką obwolutę z twarzami głównych bohaterów – Ritsuki, z przodu i Sobiego, z tyłu. Jedynym bajerem na obwolucie jest napis oraz numerek tomiku. Pod odpowiednim kątem można zobaczyć jak „świeci” bądź „ciemnieje” w kolorach srebra. Dzięki temu tytuł nie zlewa się z pomarańczowo-fioletowym obrazkiem. Na grzbiecie natomiast napis mamy lekko liliowy z jeszcze jaśniejszym liliowym, prawie różowym cieniem umieszczonym na białym tle. Na okładce książeczki znajdują się te same rysunki co na obwolucie w tradycyjnie brzoskwiniowym kolorze. Po otworzeniu tomiku możemy natknąć się na dwie kredowe kartki. Na jednej z nich jest tylko liliowy tytuł, na drugiej możemy podziwiać pokolorowanego Ritsukę leżącego wśród słodkich różności. Ogółem prezentacja tomiku jest dobra. Po premierze Księcia Piekieł chyba większość tomików będzie wydawała mi się skromniejsza, ale to nie znaczy, że nie są one wykonane porządnie. 


Co sprawiło, że chciałabym sięgnąć po kolejny tomik to oczywiście fabuła. Z początku nic nie zapowiadało się na to, że będzie to manga z aż taką akcją – „magiczne” pojedynki oraz wiernie oddani żołnierze-słudzy. Po tragicznej, wręcz okrutnej śmierci Seimeia, Ritsuka czuje się samotny i opuszczony. W domu też nie ma łatwo. Przez to, że chłopak cierpi na coś w rodzaju amnezji, nie pamięta niczego prócz ostatnich dwóch lat, a matka, która cierpi na chorobę natury psychicznej oskarża chłopaka o to, że nie jest „jej” Ritsuką. Pewnego dnia pod bramą szkoły na chłopca czeka długowłosy mężczyzna. Jest to Sobi, były żołnierz Seimeia, który tak naprawdę nie powinien przeżyć. Całość zaczyna się komplikować, kiedy na chłopaków natrafiają wysłannicy organizacji. Jak można zauważyć, akcja z rozdziału na rozdział, zaczyna coraz bardziej się rozkręcać. Wszystko ze sobą, jak na razie, gra wyśmienicie i czytający chce widzieć rzeczy takie jak: Co się stało dokładnie pomiędzy Seimeiem a Siedmioma Księżycami? To pytanie najbardziej nęciło mnie podczas czytania i nawet teraz próbuję ustalić kilka wersji. Jakbym jednak dostała na to jedno pytanie odpowiedź, już na początku to tomik mógłby mnie nie zainteresować tak jak teraz.

Uważam, że ciekawą rzeczą jest połączenie pomiędzy ofiarą a żołnierzem. Jest to coś w rodzaju przeznaczenia, lecz w pierwszym tomie nie dostaję wystarczających wyjaśnień tej sytuacji. W każdym razie zazwyczaj jest tak, że jednej ofierze, czyli osobie będącej panem oraz ochranianej przez sługę, przypada tylko jeden żołnierz. Z tego co zrozumiałam Sobi powinien nie żyć tak, jak jego poprzednia ofiara – Seimei, brat Ritsuki. Lecz prawda jest inna. Z rozkazu zamordowanego jasno wynikało, że po jego śmierci pieczę nad bezpieczeństwie młodszego Aoyagii sprawować będzie właśnie Sobi.

Poza tym nie zapominajmy, że tytuł ma etykietkę shounen-ai, a wyraźnie jest coś na rzeczy pomiędzy dwójką głównych bohaterów. Może troszkę więcej dostaniemy w kolejnym tomiku? (Dla tych, którzy nie wiedzą: tak lubię historie z gatunku shounen-ai/yoai. :3)

"Spójrz. Jakie piękne, gładkie ucho. Przekłuj mi je. (...) Oznacz kolczykiem to, co należy do ciebie." 


Pasuje powiedzieć kilka słów o bohaterach. Zdecydowanie moim ulubieńcem stał się Sobi. Jego oddanie, uwodzicielstwo oraz wierność sprawiły, że polubiłam tą postać najbardziej ze wszystkich. Ritsuka natomiast nie jest taką postacią, którą mogłabym zignorować, więc siłą rzeczy byłam na niego skazana do końca tomiku numer jeden. Podczas czytania doszłam do wniosku, że strasznie przypomina mi Sasuke z Naruto... Chociaż Naruto to inna bajka, ale fakty mówią same za siebie – utrata brata, izolacja od ludzi i geniusz. Tak, bez dwóch zdań jest to Sasuke. Ritsuka jednak ma jeszcze druga stronę, która jest urocza. Przez to, że stracił wspominania, zaczął je kolekcjonować w postaci zdjęć, i jest to dla niego niezwykłą przyjemnością ale jednocześnie przynętą, przez co daje się często „wykorzystać”. To co nie podeszło mi w tej postaci to wahania typu – chce go zobaczyć, ale nie chcę... Rozumiem nastolatkowanie i inne te rzeczy, ale jak jest jakaś granica rozdwojenia swoich myśli. W szczególności dla geniusza.

Do bliskiego grona tej dwójki można dorzucić koleżankę z klasy Ritsuki. Może się z początku wydawać, że uszaty chłopiec odrzucił wszystkie nowe znajomości, lecz jedna dość uparta i zawzięta dziewczyna nie odpuściła mu tak łatwo. Yuiko – bo tak się zwie owa panna – nie błyszczy inteligencją i z miejsca jest nazwana, przez młodego Aoyagiego, pustakiem. Sama dokładnie nie mogę określić się, co do tej bohaterki. Były momenty kiedy mnie drażniła, ale nie były one jakieś szczególne, więc nie oceniam jej źle. Jednakże nie potrafię też jej ocenić dobrze. Dlatego z tym poczekam do kolejnego tomiku.

A co ze złymi gagatkami? Jak na razie pojawiły się tylko dwie osoby, tworzące podobna parę jak Ristuka i Sobi – ofiara i jego żołnierz. Teraz możecie się ze mnie śmiać, ale pod wpływem tych kocich uszów oraz tego, że niecna parka to dziewczyna i chłopak na myśl przyszedł mi Zespół R... Lecz to, czy „błysnęli” czy nie pozostawię Wam do wglądu. 


W większości przypadkach „kreska” decyduje o tym, czy będę kupowała daną mangę czy nie. Oczywiście taka sytuacja zachodzi, kiedy nie znam tytułu, a z opisu nie wynika nic za wiele. Do Lovelessa natomiast przyciągnęła mnie fabuła i jak się okazało było to dobre przeczucie. Z kreską, nie ukrywam, mam mały problem. Tomik pierwszy został narysowany dobre 12 lat temu i widać, że jest to kreska z tego okresu. Ja niekoniecznie przepadam za rysunkami z lat 2000-2005 (mniej więcej) i jeszcze wcześniejszych. Była tylko garstka jakiś tytułów, czy artów, które rzeczywiście mi się spodobały. Loveless zdecydowanie kwalifikuje się do tego ułamka. Manga jest bardzo dobrze narysowana, ale nie czułam się tak jak przy czytaniu Ścieżek Młodości. Do każdej kreski można się przyzwyczaić, prawda? Przy tej mandze tak nie miałam. Poczułam od razu, że wszystko jest tak jak ma być i czytałam bez żadnego kręcenia nosem. Myślę, że w tym wszystkim spodobało mi się kadrowanie. Jest ono miejscami niesamowite, a sam tytuł jest nielicznym z tych, w których zwróciłam na to większą uwagę. 


Loveless stawiam gdzieś w okolicach Acid Town. Jednym z czynników jest to, że jak na pierwszy tom mangi z tematyką BL było tego wątku tylko odrobinkę. Tak aby ledwie zaostrzyć nasze ząbki. Decydowanie dużą robotę zrobiła fabuła. Ta to zupełnie podrażniła moją ciekawość. I to zdecydowanie wyróżnia ten tytuł. Reszta jest jak dla mnie upchana w standardach, z tym wyjątkiem, że dobrze wykonanych. Pierwszy tomik prezentuje się naprawdę świetnie – z zewnątrz i wewnątrz. Dlatego też polecam ten tytuł każdemu – fankom, fanom i tym co chcą się przekonać czym jest gatunek BL.


Ocena fabuły: 10/10

Ocena postaci: 8/10

Ocena „kreski”: 7/10

OCENA OGÓLNA: 8/10



Kilka pierwszych stroniczek: http://studiojg.pl/Loveless,24041.htm


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Studio JG oraz Yatcie! <3


6 komentarzy:

  1. Kiedyś planowałam obejrzeć anime, ale szybko zrezygnowałam. A manga mnie nie do końca przekonuje, więc jak na razie sobie odpuszczę. Chociaż może kiedyś... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Musze w końcu kupić ten tomik, oczywiście wraz z artbookiem. <3 Anime oglądałam bardzo, baaardzo dawno temu, więc to będzie swojego rodzaju miłe przypomnienie sobie serii i dokończenie tego, co w anime pokazane nie zostało. ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. a ja się zastanawiałam nad tym tomikiem i to długo ale chyba się nie zdecyduję :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Aż tak wysoka ocena fabuły? Kiedyś przejrzałam kilka pierwszych rozdziałów w skanach i za bardzo mnie nie powaliło. Bardziej czekam na No.6, też od JG.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie mam dobrych wspomnień z tego anime i mangi raczej nie kupię, ale kto wie, może za kilka lat mi się zachce xd

    OdpowiedzUsuń