#312 - Dororo i Hyakkimaru #1-3

Remaki (jak kłuje w oczy to nie do mnie: KLIK) i adaptacje mają to do siebie, że często z góry bierzemy je za coś pośledniego i wybrakowanego. O ile w ogóle wiemy, że tytuł, który mamy przed oczami jest właśnie tego typu dziełem. Kiedy oglądałam emitowane w tamtym roku anime Dororo byłam zupełnie nie świadoma tego, że to historia, która pierwotnie wyszła spod rąk Osamu Tezuki. Automatycznie pobudziło to moją ciekawość: Jak wygląda pierwowzór? Czy dużo się różni? Czy jest lepszy? Udało mi się dorwać w internecie skany z mangi z angielskim tłumaczeniem i... co jak co, ale zdecydowanie dużo bardziej przemówił do mnie mroczny remake. Przynajmniej ten w postaci zekranizowanej. Zobaczmy zatem, jak rodzi sobie mangowa edycja...

Okres Sengoku - czas nieustannej wojny oraz upadku ludzkiej moralności. Los jednak chciał, aby w najgorszym dla kraju momencie skrzyżowały się ścieżki drobnego złodziejaszka imieniem Dororo oraz wędrownego łowcy demonów Hyakkimaru. Łowca skrywa mroczną przeszłość, która związana jest z wysoko postawionym rodem odpowiadającym po części za trawiącą Japonię pożogę oraz osobiste nieszczęście chłopaka. Skrywane w ramionach ostrza mają mu pomóc w osiągnięciu zemsty i odzyskaniu tego, co dawno temu utracił.
 

Dororo i Hyakkimaru od Waneko, zostało wydane w formacie powiększonym. Manga tradycyjnie wyposażona jest w obwolutę, tym razem o matowym wykończeniu. Podobnie na polu "jakość druku/papieru" jest dobrze, tak jak to już jest w standardzie wydawnictwa. Strona tłumaczeniowo-redakcyjna, tym razem też bez większych zarzutów. Może prócz jednego małego czepialstwa z mojej strony w kierunku tytułu. Po japońsku ma on jeszcze doklejone do imion bohaterów "den", sugerujące, że w łapkach mamy "legendę o". Jednak nasza "legenda" a japońskie "den" to trochę więcej znaków więc rozumiem, dlaczego tego nie ma w tytule. Lecz nie ma nic straconego, gdyż owo słówko pojawia się w tytułach rozdziałów, co dodaje takiego +5 do "cool-towości" Dororo....

W przypadku Dororo i Hyakkimaru niestety byłam pozbawiona wrażeń typowych dla pierwszego kontaktu z tytułem. A - co wydaje mi się gorsze - cały czas, gdzieś z tyłu głowy, porównywałam mangę z tym, co znam z anime, a ono naprawdę zrobiło na mnie wrażenie, gdyż do dzisiaj pamiętam dosyć dobrze poniektóre sceny. Również pamiętam to, że zanim doszło do większych konfrontacji z duchami z przeszłości w postaci rodziny Daigo, to Hyakkimaru stawał do walki z niejednym demonem, odzyskując poszczególne części... siebie (uważam, że powiedzenie o co chodzi jest dosyć istotnym spojlerem, dlatego postaram się tego nie zrobić). Tego mi zabrakło w mandze, gdyż do owej konfrontacji z Daigo dochodzi już w drugim tomie. Z jednej strony rozumiem - trzeba czytelnika zadowolić akcją i czymś mocnym, ale w tym samym tomie dowiadujemy się o przeszłości Hyakkimaru i jego przypadłości. To chyba jest wystarczająco mocne... Z drugiej jednak uważam, że dla tej historii niezwykle istotna była "droga bohatera", którą pominięto, bowiem dodawałaby tego specyficznego klimatu serii, jaki pamiętam z ekranizacji. Poza tym mamy tutaj wątki buddyjskie, a z tego co wiem, to "drogi" są dla tej filozofii niezwykle istotne, chociaż nie koniecznie te biegnące "na skróty". 
 

Zarzut, o którym pisze wyżej także po części dotyczy bohaterów. Teoretycznie dostajemy informacje o postaciach, a szczególnie o fascynującym Hyakkimaru, jednak przez to pójście na skróty, odniosłam wrażenie, że nie mogłam do końca z nimi "zaprzyjaźnić się". Tak więc bohaterowie stali się nieco spłaszczeni. Oczywiście nie jest też tak, że jest tutaj kompletnie nudno. Bohaterów mimo wszystko można polubić, ale nie czuję, by poprzez lekturę tych trzech tomików między mną - czytelnikiem - a nimi wytworzyła się więź, poprzez którą wracałabym do nich myślami. Inaczej mówiąc, charakter przedstawionych tutaj bohaterów w którymś miejscu jest wybrakowany.

Na sam koniec kreska, która jest... troszkę więcej niż przecięta. To znaczy jest to kreska, która ma przyciągnąć oko współczesnego miłośnika mangi. Projekty postaci oczywiście mają schemat typowo mangowy (duże oczy, mały nosek etc.), ale pojawiają się - to na nich, np. w postaci ubrań, czy w ich pobliżu detale mające odrobinę urealnić przedstawioną opowieść. Lecz Satoshi Shiki także zrobił ukłon w stronę Tezuki, tworząc kadry mające charakterystyczny dla Ojca Mangi styl. Najczęściej przedstawiają one ludzi z dalszych planów, dyskutujących o czymś błahym, lub po prostu gadającego z nadmiernym entuzjazmem Dororo. Spodobał mi się ten mały gest rysownika, przez co jakoś tak przyjemniej się tą mangę czytało.
 
 
Dororo i Hyakkimaru to manga przede wszystkim skierowana do wielbicieli mroczniejszych klimatów. Jest tutaj sporo walk, paskudnych bestii-demonów oraz po prostu wszystko to, co może przynieść niekończąca się wojna. Muszę przyznać, że dobrze bawiłam się przy czytaniu tej mangi, jednak dużo więcej frajdy i takiego "wciągnięcia się" w tytuł miałam podczas oglądania anime. A co zaś się tyczy "Tezukowości" to myślę, że jest to nawet udana adaptacja starej historii. Moim zdaniem mocniejszy nacisk na tragizm postaci oraz oddanie atmosfery tej mroczniejszej stronie mocy było dobrym posunięciem, gdyż dzisiaj robi to lepsze wrażenie. Edycja Satoshiego Shiki ma być przecież zjadliwa dla współczesnego czytelnika, który nie koniecznie będzie się zachwycał kultowością i "klasycznością" (Co prawda anime robi to lepiej, no ale manga nawet daje radę). Dialog z pierwowzorem  jest w tej mandze widoczny, chociażby we wcześniej wspomnianych kadrach, co jest miłym akcentem. I chociaż chciałabym, to nie jestem w stanie zupełnie szczerze powiedzieć, że jest to manga słaba czy nawet przeciętna. Proponuje po prostu sięgnąć po którąś z wersji i przekonać się samemu czy legenda o Dororo i Hyakkimaru Wam przypasuje, czy też nie. 

Za udostępnienie egzemplarzy dziękuję wydawnictwu

Komentarze

  1. Swoją drogą zastanawia mnie jak historia ma się do oryginału?
    Zmieniono tylko estetykę, czy i treść?
    Oraz czemu czwarty tom urywa w połowie?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz