środa, 20 grudnia 2017

Deszczowa opowieść kapelusznika - Canis -Dear Mr. Rain-



Tytuł: Canis -Dear Mr. Rain- || Autor: Zakk || Wydawca PL: Dango || Tłumaczenie: Kinga Zielińska || Ilość stron: 214 || Rok wydania: 2017 (sierpień) || Cena okładkowa: 21,90zł


Od jakiegoś czasu mam małe urwanie głowy. I chociaż niby wiele roboty nie mam, to jednak każda z czynności pochłania mi więcej czasu niż bym przypuszczała. Może podświadomie przeszłam w stan hibernacji? W sumie to by się zgadzało, ponieważ przez kilkanaście ostatnich dni dowiedziałam się, że przespanie budzika to nic trudnego. Dobrze, że święta się zbliżają, bo wraz z nimi wolne, podczas którego mam nadzieję na kilka dni sam na sam z mangami.
No, ale dość już o mnie. Przejdźmy do głównego bohatera tego postu, czyli do jednej z tegorocznych nowości od Dango - Canis -Dear Mr. Rain-.

Satoru Katsuna prowadzi swój własny interes - sklep z kapeluszami. Chciałoby się rzec, że jego działania są nieudolne, jednak jest on bardzo cenioną osobą w swoim zawodzie, a jego wyroby są zaskakująco popularne. Niekompetencja niestety ujawnia się, gdzie indziej - mianowicie przy zarządzaniu całym tym kramem. Otóż, Satoru jest surowym szefem i niewiele osób potrafi z nim wytrzymać na dłuższą metę. Sytuacja obecna nie maluje się najlepiej, bowiem za kilka dni w okolicy konkurencja otwiera nowy sklep, a na pokładzie znajdują się tylko dwie dodatkowe pary rąk. Jak to wszystko ogarnąć? Jakby tego było mało, na głowę kapelusznika spada jeszcze jeden problem, a ma on na imię Ryo Kashiba.

Jeżeli myślisz, że mamy tutaj do czynienia z sytuacją Zgarniania z ulicy leżącego, nieprzytomnego faceta, to muszę Ci powiedzieć, że masz rację! Canis doskonale wpisuje się w ten schemat, jednak to nie znaczy, że tytuł jest już spisany na straty i należy go pogrzebać na Cmentarzu Komiksów Zapomnianych*. Ma swoje mocniejsze strony, chociaż są one niestety bardzo delikatne i kruche. Największą z nich jest niewątpliwie sposób poprowadzenia historii. Zazwyczaj oklepany, jak Złota Madonna z Essen, temat Przygarniania jest skoncentrowany na wytwarzającej się relacji między głównymi bohaterami. W Canis wątek miłosny jest tylko zaznaczony. Nie ma ostrych seksów. Ba! Gorących pocałunków i wyznawania miłości też się tutaj nie doświadczy, gdyż główną rolę przejmuje łzawa przeszłość obu bohaterów oraz czyhająca w cieniu tragedia. To, co dzieje się między tą dwójką jest uroczo niedopowiedziane, jednak po przeczytaniu ostatnich stroniczek ma się poczucie, że coś się ominęło, albo zwyczajnie przespało. Inaczej mówiąc - czegoś w tym wszystkim zabrakło.


Sądzę, że sprawcą tego odczucia jest wątek mafijny, który pojawia się dość nagle i przerywa początkową sielankowość. Od tego momentu manga nabiera zupełnie innego tonu, co skutkuje tym, że nie można do końca przewidzieć, co się wydarzy. Romans schodzi na dalszy plan, a my zostajemy stopniowo wprowadzani w brudny świat nielegalnych interesów, z którego przybywa Ryo. Niestety, co do tego motywu mam jeszcze jedno ale. Mianowicie odniosłam wrażenie, że przez cały tomik autorka sprzedała nam za mało konkretów. Pokazanych jest kilka scen, dostajemy kilka informacji, które można poskładać w całość, jednak nie ulepi się z tego satysfakcjonującej historii. Zainteresowałam się tym wątkiem, i uważam, że dodał do Canis szczyptę pikanterii, której żadne seksy by nie zrekompensowały, jednak mam wrażenie, że w kolejnej odsłonie tej historii dostanę coś podobnego i znów nie będę do końca zadowolona. 

Na całe szczęście w tym wszystkim są jeszcze bohaterowie, którzy są bardzo... ciekawi. Chciałabym powiedzieć, że po prostu są sympatyczni, przez co łatwo ich polubić, ale takie określenie zgrzyta z pokazaną tutaj historią. Ale cóż, ja poradzę na to, że gdy sobie o tej dwójce pomyślę, w głowie słyszę tłum ludzi wzdychający niczym do obrazka słodkiego pieska? (Moja głowa czasem dziwnie pracuje, szczególnie kiedy jest lekko przegrzana...). Oczywiście nie odbyło się też bez chwil, gdzie Panowie byli trochę irytujący (chodzi mi o momenty, gdzie myśli się "Stop! Nie idź tam! Po co tam leziesz?!"), ale to tylko dodało głębi do ich osobowości. Uznajmy więc, że to wszystko, co właśnie zawarłam w tym akapicie może poświadczyć o tym, że jako-tako można zżyć się z Satoru i Ryo, wczuć się w przedstawioną sytuację z ich punktu widzenia oraz kibicować im w bardziej trzymających w napięciu momentach.

Na koniec, jak zawsze kreska. Nie ulega wątpliwości, że styl Zakk jest bardzo charakterystyczny, dzięki temu, że główne skrzypce gra linia. Jest ona bardzo giętka, a momentami odnosi się wrażenie, że jest wręcz wygładzona. Takie pociągnięcia prezentują się bardzo dobrze w czarno-białej tonacji, gdyż stwarzają na całej stronie specyficzną atmosferę. Ogółem zawiesiłabym to opracowanie gdzieś między secesyjną ślicznością a komiksową satyrą, która niekoniecznie sięga tylko do mangowej kreski. I gdybym miała określić tę stylistykę tylko dwoma stwierdzeniami to na pewno byłyby to: zdecydowanie i mocna kontrastowość.


Myślę, że prędzej czy później sięgnę po sequel, bowiem Canis -Dear Mr. Rain- pozostawił mnie nienasyconą. Niestety czegoś w tym wszystkim zabrakło i nie mówię tutaj o jakiś gorących romansach i łóżkowych rękoczynach. Bardziej czuję się zirytowana z tego powodu, że niby mamy do czynienia z jednotomówką, jednak by dowiedzieć się, jak skończy się ta historia trzeba sięgnąć po inne tomy z tego uniwersum. W tym wypadku ujawnia się moja wewnętrzna przekora, bo z jednej strony jestem gotowa wydać kaskę na te dodatkowe tomy bez problemu, ale z drugiej jestem po prostu wkurzona, że ten tomik nie zagwarantował mi czegoś więcej prócz długiego wstępu do... w sumie ciężko określić czego.

Nie na to się nastawiałam, lecz narzekać nie mogę, ponieważ manga trzyma dosyć dobry poziom. Wciąga, wzrusza i chociaż fabuła, jak i postaci, nie są czymś szalenie innowacyjnym, to pojawia się trochę świeżości w starym dobrym schemacie Zgarniania z ulicy. Na największy poklask zasługuje na pewno kreska, bo jak na mangę, to jest bardzo nietypowa. Zbierając to wszystko do kupy, mogę powiedzieć, że próbujcie. Nie wciskam Wam tego od razu na listy must read, ale jak będziecie mieć okazję to spróbujcie. A nóż, widelec będziecie mieć inne zdanie od mojego. A jeżeli już macie to dajcie znać! Chętnie poczytam, bo kto wie... może skłócona ze sobą ja w końcu wybierze jedną stronę...

Ocena fabuły: 6/10 || Ocena postaci: 7/10 || Ocena kreski: 9/10 || OCENA OGÓLNA: 22/30 (73%)

*Kurde, dobry tytuł na post. Może by tak napisać dwa słowa o mangach o których zapomniałam...? Tylko pytanie: Kiedy?!

8 komentarzy:

  1. Ładna kreska, chciałabym kupić ten tomik w najbliższej przyszłości, bo dawno niczego od Dango nie miałam w rękach. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No kreska jest bardzo fajna. Momentami miałam żal, że nie ma więcej teł, ale jak już się pojawiają to są bardzo ładne <3
      Mi ostatnio w łapska wpadł jeszcze Kompleks sąsiada i przymierzam się do recenzji dwóch pierwszych tomów. :3

      Usuń
  2. Przecież to nie jest jednotomówka. Seria nazywa się Canis, a autorka ma po prostu pomysł na podtytuł każdego kolejnego tomu. To tak jak z Finderem - jakoś nikt nie traktuje każdego kolejnego tomu jako jednotomówki i sequela poprzedniego. Jest ciągłość fabularna. Tak samo u Canisa. Trzy pierwsze tomy skupiają się głównie na Ryo i Satoru, kolejne dwa, może trzy na członkach mafii, a po nich pewnie nastąpi zderzenie tych i tych postaci.
    Trochę mnie śmieszy, że jak jakaś seria ma podtytuły, to niektórzy traktują je jako jednotomówki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem o tym, że Canis tworzy spójną serię, jednak na samym tomie nie ma oznaczenia, że -Dear Mr Hatter- jest następnym. O tym, że będzie ciąg dalszy wydarzeń z "Pana Deszcz" przekonujemy się dopiero po przeczytaniu. Skoro wspominasz Findera to, prócz podtytułu, ma również numerki, co sugeruje już od początku, iż mamy do czynienia z serią. Poza tym Canis (bez wcześniejszego wgłębiania się w historię) bardziej sugeruje, że jest tworem jak "Koledzy z klasy-Absolwenci-Sora to Hara" lub "Usłyszeć ciepło słońca", niż właśnie Finder. Tak przynajmniej myślałam. Dlatego też użyłam określenia, że "niby mamy do czynienia z jednotomówką". Wiem, że może to się wydawać głupie, ale nie czytałam Canisa wcześniej, stąd też porobiłam pewne założenia w oparciu o to, co wiedziałam. A poza tym nawet jeżeli jest to pierwszy tomik tej serii, który ma podtytuł inny niż kolejne tomiki, to i tak moje postrzeganie tego tomu się nie zmieni - po prostu dla mnie czegoś w tym wstępie zabrakło.
      Mam nadzieję, że przynajmniej trochę się pośmiałaś :):)

      Usuń
    2. Anonimowy, mylisz się. Canis nie jest serią. Z tego co wiem, trzeba wykupywać osobne licencje na kontynuację. Skoro japońskie wydawnictwo i sama autorka nie traktuje tego jako serię, to dlaczego my mamy to tak widzieć. Canis nie jest Finder. Początek historii Satoru i Ryo zamyka się w jednotomówce. Dear Mr Hatter ma dwa tomy, o czym świadczą numerki na okładce.

      Usuń
    3. Uff.. czyli nie jestem jedyną, która tak myśli XD Cóż, po części rozumiem czemu można sądzić, że Canis to taka seria seria, a nie tylko seria pojedynczych tomów czy krótszych serii tworzących całość. W błąd po prostu wprowadza "Baka Updates" któremu większość zazwyczaj wierzy. :P

      Usuń
  3. Jaka dziwna recenzja z tego wyszła, taka w stylu "wiem, że jest kontynuacja, ale gdyby jej zabrakło to czegoś by tej serii brakowało". Tym razem mam mieszane uczucia co do niej.

    OdpowiedzUsuń
  4. Najnudniejsza manga, jaką kiedykolwiek przeczytałam, prawie nad nią zasnęłam, a nigdy mi się to jeszcze nie zdarzyło.

    OdpowiedzUsuń